Jeszcze trochę i będziemy dostawać alert o tym, że w listopadzie może być chłodno, w styczniu popada śnieg, a w lipcu temperatura przekroczy 25 stopni.
Śnieg zimą? Alert. Upał latem? Alert. Silniejszy wiatr? Kolejne ostrzeżenie. Deszcz? Lepiej uprzedzić, że może padać.
Oczywiście, bezpieczeństwo jest ważne. Gwałtowne burze, nawałnice, wichury, powodzie czy ekstremalne temperatury mogą stanowić realne zagrożenie. W takich sytuacjach ostrzeżenia są potrzebne, a czasem wręcz niezbędne.
Problem zaczyna się wtedy, gdy komunikat alarmowy staje się niemal codziennym elementem naszej rzeczywistości. Czy nie grozi nam wówczas zjawisko odwrotne do zamierzonego? Przyzwyczajenie do alertów, obojętność na kolejne powiadomienia i coraz mniejsza reakcja na te naprawdę ważne.
Przecież lato ma swoje upały, jesień deszcze, a zima śnieg i mróz. To nie są zjawiska, które powinny nas za każdym razem zaskakiwać. Żyjemy w takim klimacie, w którym zmienność pogody jest czymś naturalnym.
Nie chodzi o to, żeby przestać ostrzegać. Chodzi o to, żeby ostrzeżenie rzeczywiście coś znaczyło. Żeby odróżniać zwyczajną aurę od sytuacji, która może zagrażać zdrowiu, życiu lub mieniu. A Wy jak uważacie? Czy system pogodowych alertów jest dziś zbyt rozbudowany, czy lepiej ostrzegać na zapas, nawet jeśli część komunikatów dotyczy zupełnie typowej pogody?